wtorek, 23 września 2014



Tytuł: Czekałem na to od chwili, gdy Cię pierwszy raz ujrzałem.
Bohaterowie: Rick „Zombie boy” Genest oraz Amanda „Mandy” Knight
Uwagi: wulgaryzmy

  • Rick, do cholery! Co się z Tobą dziś dzieje? - Zapytał fotograf i trącił wytatuowanego mężczyznę łokciem w żebro. - Nigdy się tak nie zachowywałeś.
  • Wybacz Charles. Sam nie wiem. - Odparł model i usiadł na krześle, odkręcając butelkę z wodą.
  • Masz pięć minut. Weź się w garść i przyłaź na wybieg albo najnowsza kolekcja ubrań pójdzie się kochać bez Ciebie, rozumiesz? - Fotograf spojrzał na podopiecznego i wyszedł, nie czekając na odpowiedź.
Westchnąłem cicho po tym jak wyszedł i upiłem kilka łyków chłodnej wody. Nie wiem co dziś ze mną było, iż nie potrafiłem się skupić na czymś, co przychodziło mi z taką łatwością. Będąc na wybiegu czułem się wolny, mogłem pokazać siebie mimo przyjętych póz i kroków, a dzisiaj? Potykałem się co chwila o własne nogi, nie mogłem skoncentrować się na krokach oraz kolejności póz. Stres? Zmęczenie? Problemy z pamięcią? Nie mam zielonego pojęcia. Jedyne co wiedziałem to to, iż dłużej nie wytrzymam. Muszę się za siebie wziąć, by mnie z roboty nie wywali. Szef był ostatnio jakiś nerwowy, zwolnił ponad pięciu asystentów tylko za to, że a to jeden nie miał chusteczek przy sobie, a to drugi przyniósł zimną kawę, a to inny po prostu stał obok i notował pomysły. Uch, musiałem zachować tę pracę. Od tego nie dość, że zależała moja kariera modela, to jeszcze musiałem z czegoś się utrzymywać. Trudno jest znaleźć pracę, gdy się ma tatuaże, a tym bardziej gdy się je ma wytatuowane na całym ciele. Dosłownie. Od stóp do głów. Huh, nawet na pośladku mam tatuaż...
Odstawiłem w połowie opróżnionej z wody butelkę i wyszedłem z garderoby. Wziąłem parę głębszych oddechów i swobodnym krokiem wszedłem na wybieg, stając za Joshuą i szykując się na swoją kolej. Zacisnąłem mocno pięść, by skupić się na zadaniu, a gdy usłyszałem bit, w którym wkraczałem, uniosłem głowę i stanąłem jak wryty.
Zamiast mnie, te nędzne ćwoki, poczwary i skurczybyki dały Dylana! Nosz kurde! Zastąpili mnie, nim! Mnie! Zombie boy'a za którym szaleją miliony lasek, który ma powodzenie na całym świecie, którego ludzkość podziwia za historię z życia wziętą... Jak oni śmieli?! Jak?!
Jakby tego było mało, był to moment, w którym na wybieg wkracza niesamowicie piękna, uzdolniona, oryginalna Mandy Knight! Kurde do kwadratu! Agencja jest ślepa czy co?! Oni do siebie nie pasują! Kobieta o nieskazitelnej karnacji, krwistoczerwonych pełnych wargach, oczach koloru nagrzewającego się morza, grubych brwiach, doskonałej, kobiecej sylwetce... On wysoki, szpakowaty, sztywny, z jasnymi włosami ściętymi na pazia... Do niego co najwyżej żona Frankensteina by pasowała, stanowczo nie Mandy! Na pierwszy rzut oka widać, że brak mu koordynacji ruchowej i to wcale nie chodzi o wzrost! Krok ma niepewny, trzęsie się momentami jak galareta, a i tak zgarnia całusa od NIEJ.
  • Co to ma do cholery być?! - Wybuchł Rick i spiorunował wzrokiem Charlesa.
  • Ach tak, Rick. Pokaz jest już jutro, a jak widać nie jesteś w dobrej formie. Martwimy się o Ciebie i nie chcemy, by coś Ci się...
  • Martwicie?! Martwicie? Martwicie się o gówniany pokaz, że kasy nie dostaniecie, że krytycy napiszą o was złe zdanie! Nie martwicie się o zdrowie żadnego modela czy modelki, obchodzi was jedynie własny nos i własne bezpieczeństwo! Nas macie w dupie! - Wykrzyczał mężczyzna dosłownie wszystko, co leżało mu na duszy od dłuższego czasu.
  • Nie tym tonem chłopie! To my Ci dajemy kasę byś miał za co żyć, miał co zjeść na śniadanie, obiad czy kolacje, byś miał w co się ubierać, wozić z najlepszymi, pokazywać na mieście, my Ci to zapewniamy! Bez nas byłbyś nikim! Rozumiesz? N-I-K-I-M! - Prychnął dyrektor agencji, w której pracował Rick. - Masz coś jeszcze do dodania zanim stracę całkowicie cierpliwość i Cię zwolnię? - Roześmiał się starszy mężczyzna swym ochrypłym głosem.
  • Czemu zastępujecie mnie nim? Wolałbym już Willy'ego widzieć niż tego... tego... tego typa. - Zombie boy z całych sił starał się zachować nieco animuszu i uspokoić, by nie dodać obraźliwego określenia, którym mógłby opisać Dylana.
  • Publika i krytycy kochają nowe gęby. My wystawiamy kogoś ciekawego, druga strona wpłaca kasę byście POWTARZAM, mieli za co żyć. Poza tym, spisał się na castingu, więc postanowiłem zobaczyć co młody potrafi... A co? Zazdrosny jesteś? - Prawie sześćdziesięcioletni mężczyzna przyjrzał się dwudziestodwulatkowi, wchodząc na wybieg i chwytając brodę chłopaka w żelaznym uścisku.
  • Chciałbyś szefuńciu. Jestem zdrów jak rydz, więc mogę śmiało występować. To było tylko lekkie zmęczenie. - Próbował się wybronić Rick, patrząc szefowi w oczy i nie dając pokazać po sobie słabości.
  • Chciałbyś chłopcze. Odpoczniesz sobie i popatrzysz jak to robią początkujący zawodowcy.
  • Chodzą po wybiegu? - Prychnął Zombie.
  • Załatwiają mamonę tatuśkowi. - Starszy mężczyzna szarpnął chłopaka za brodę i puścił, zostawiając nieprzyjemne uczucie na skórze drugiego.
Prychnąłem zdenerwowany i poszedłem do garderoby przebrać się w swoje normalne ciuchy. Żaden dziad nie będzie mi mówił co mam robić i zakazywać pokazywania się tam, gdzie mi zależy. Jeszcze nie wiem jak, ale wykombinuję sposób, by Dylan nie mógł tego dnia wystąpić...
Okej, wiem. Może trochę nie fair zagram, ale do jasnej ciasnej nie po to spędziłem tyle wolnego czasu na dodatkowych kursach i uczeniu się o własnym ciele, by jakieś nowe chuchro mnie zastąpiło.
  • Rick?
Skierowałem wzrok w lustrze ze swojej twarzy na punkt, a raczej osobę znajdującą się za ramieniem. G., stylistka i charakteryzatorka, matka trójki dzieci, żona o dwadzieścia pięć lat młodsza od dyrektora agencji. Ubrana w czarne starte jeansy z dziurami na kolanach, tego samego koloru conversami i czerwoną koszulką z logiem zespołu Acid Drinkers. Stała w drzwiach i uśmiechała się lekko, związując czarne włosy w szybkiego kłosa.
  • To nie jest miejsce na rozmowy. Moglibyśmy spotkać się dziś o siódmej w barze „Babylon”? Zarezerwuję boks, by nikt nam nie przeszkadzał. - Uśmiechnęła się przyjacielsko i poczekała aż skinę głową. Nigdy się nie odzywałem w jej towarzystwie, jedynie potakiwałem lub kręciłem głową. Gdy po raz pierwszy trafiłem do agencji, G. była pierwszą osobą, która wyciągnęła do mnie pomocną dłoń i nauczyła wszystkich podstaw, które prawdziwy, zawodowy model powinien znać. Stała się kimś w rodzaju przyjaciółki, a nawet siostry, której nigdy nie miałem. Wiedziałem, że w razie problemów mogę na niej polegać. Jedyną wadą było to, że wciąż była żoną Edwarda Bucka, dyrektora agencji modeli i modelek. Jakim cudem ta kobieta jeszcze z nim była? Chciało jej się JEGO bachory wychowywać? Pewnie on do ich wychowania nawet ręki nie przyłożył, pomyślałem i wróciłem do pakowania manatków.
Wyszedłem z budynku i wsiadłem do swojego czarnego chevroleta camaro coupe z 1968. Zapiąłem pasy i odjechałem czym prędzej w kierunku domu, nie chcąc zostawać na skażonym terenie ani minuty dłużej. W mieszkaniu znajdującym się na obrzeżach miasta byłem po niepełnych trzydziestu minutach. Wszedłem czym prędzej do środka, zamykając za sobą drzwi na łańcuch i wskoczyłem pod prysznic, chcąc zetrzeć z siebie jakąś skazę. Stałem pod przyjemnie gorącym strumieniem wody i rozmyślałem, gdy woda obmywała całe moje ciało i zmywała wszelkie smutki. Po odprężającym prysznicu zawitałem do lodówki i zjadłem dwie kromki z masłem i serem żółtym oraz zapiłem je wodą. Umyłem zęby i ubrałem się w ciemne jeansy, szary podkoszulek i granatowy sweter zakładany przez głowę. Spojrzałem na zegarek i zastanawiałem się co by tu porobić przez bite dwie godziny. Westchnąłem i poczłapałem do salonu, zwalając się na fotel i włączając tv. Skakałem po kanałach od czasu do czasu zatrzymując się na jakiś serialach, wiadomościach czy pogodzie. Zerknąłem raz jeszcze na zegarek i stwierdziłem, że to odpowiednia pora na wyjście. Ubrałem buty i kurtkę, wyszedłem za klatkę i zamknąłem drzwi porządnie. Zbiegłem do wyjścia i swojego chevroleta.
Zaparkowałem w jednej z ciemnych uliczek, które prowadziły do baru paroma ścieżkami. Zawsze tu parkowałem, barmani wiedzieli do kogo należy cudeńko i że lepiej go nie tykać, bo można stracić paluszki. Uśmiechnąłem się pod nosem i wszedłem do budynku tylnymi drzwiami nie tylko po to, by uniknąć stania w kolejce, ale i niepotrzebnych ludzi, których facjat nie miałem ochoty oglądać. W drodze do prywatnego boksu ściągnąłem kurtkę, którą przewiesiłem sobie przez ramię i swobodnie wkroczyłem do wnętrza niewielkiego, dźwiękoszczelnego pomieszczenia. Zamknąłem za sobą drzwi i powiesiłem kurtkę na wieszaku. Podszedłem do skórzanej kanapy i usadowiłem się naprzeciwko G., która już siedziała wystrojona i sączyła jakiegoś drinka.
  • Mam nadzieję, że Ci to nie przeszkadza. Zamówiłam Ci malibu.
Potaknięcie.
    - Chcę pogadać o dzisiejszej sytuacji, domyślałeś się?
Kolejne potaknięcie.
    - Obserwowałam całe to zajście. Czy Ty przypadkiem nie jesteś zazdrosny o Mandy? - G. przestała męczyć na chwilę drinka, by móc spojrzeć na Ricka i przyjrzeć się jego zachowaniu.
Zaprzeczenie.
  • Wiesz, twoje zachowanie tam na wybiegu mówiło kompletnie co innego.
  • Wydawało Ci się, G.
  • To pierwszy powód, który potwierdza moje założenia. - Roześmiała się wesoło i zgarnęła luźny kosmyk włosów za ucho.
  • Hm? Co masz na myśli? - Rick spojrzał na nią zdziwiony i zaczął mieszać słomką w drinku.
  • Normalnie gdybyś nie był zazdrosny, to byś się nie odezwał, ale jesteś typem, który zawsze musi coś wyjaśnić, dorzucić swoje trzy grosze.
  • No dobra... A drugi powód?
  • Skąd pewność, że jest jakiś drugi?
  • Jesteś typem osoby, która zawsze ma w zanadrzu kolejne powody, argumenty lub plany. Nigdy nie zaprzestajesz na jednym. - Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, czując się w pewien sposób zwycięzcą.
  • Okej, masz mnie. Drugim powodem jest to, że Ty, jako jedyny, nazywasz Amandę „Mandy”. - Kobieta puściła mu oczko i roześmiała się, o mało co nie krztusząc drinkiem.
  • To naprawdę aż tak widać? - Zombie boy jęknął w duchu za taką gafę. Gdzie on miał głowę?!
  • Cóż... Spostrzegawczy ludzie dojrzą, że coś jest na rzeczy. Osoby pokroju mojego męża... Są głupi jak but i nie zauważą nawet gdyby ich dziecko zniknęło z powierzchni ziemi. - Westchnęła ciężko i zapatrzyła się w przestrzeń.
  • Znów kłopoty w domu? - Chwycił ostrożnie jej dłoń w swoje i przytrzymał, chcąc dodać otuchy.
  • Nie znów, Rick. One zawsze były, są i będą. To się tak łatwo nie zmieni. - Zasłoniła buzię, starając się w sobie zebrać. Nie chciała okazywać słabości. Mogła, bo przy Ricku czuła się bezpiecznie. Wiedziała, że ten nic jej nie zrobi i nie uzna jej za słabą. Po prostu nie chciała. Bała się, że jak parę łez popłynie, to chwilę później powstanie wodospad Niagara i nie będzie mogła się uspokoić.
  • Co tym razem się wydarzyło?
  • Jasmine... Dwa dni temu zniknęła na cały boży dzień. Odwiozłam ją rano do szkoły, po szkole miał ją Ed odebrać... Ale oczywiście praca była ważniejsza i zapomniał o własnej córce. Nie wiedziałam nic o tym. Przyszłam do domu padnięta, po dwudziestej. Wchodzę do pokoju Jasmine i chcę zapytać jak było w szkole... A jej nie ma, rozumiesz? Obleciałam całą chałupę w poszukiwaniu córeczki... W ogrodzie patrzyłam, w domku na drzewie... Wszędzie. Nie było jej ciuchów szkolnych, tornistra... Ed siedział w salonie z piwem i oglądał jakiś mecz. Chłopców nie było w domu. Brian miał próbę z zespołem, a Brandon nocował u przyjaciela. Myślałam, że na zawał zejdę...
  • A Ed co na to? - Rick zmarszczył brwi, starając się niezbyt wcinać.
  • Jak to co? Pytał czy mam sraczkę, że latam z kąta w kąt. Ugh. Nie było sensu się na niego drzeć. Tak czy siak i tak by mnie olał. Bo wiesz, nie że obrażam Ciebie, ale o ogół mi chodzi. Stereotyp – mąż pracuje, a po pracy się obija, matka siedzi cały czas w domu na dupie, sprząta, gotuje i dziećmi się zajmuje. On się tego skutecznie trzyma. Dzieci to nie jego działka. Na cholerę wpychał mi tego sflaczałego kutasa bez gumki, wiedząc doskonale, że nie biorę pigułek? Bo chciał mieć dzieci. Dzieci! - G. w całej tej frustracji i wściekłości walnęła pięścią w stół, że aż kieliszki podskoczyły.
  • Wow, wow. Spokojnie, G. - Rick wzmocnił uścisk dłoni i chwycił drugą, by nie ponowiła czynności. - Co z Jasmine?
  • Na całe szczęście się znalazła. Godzinę po skończeniu zajęć znalazła ją Rosie i Jasmine poszła do niej. Matka wróciła po jedenastej i od razu do mnie zadzwoniła. Pytałam Jasmine czemu po mnie nie zadzwoniła, ale zacytowała braciszka, że mamusi nie wolno przeszkadzać w pracy. - Zaśmiała się, ocierając niechciane łzy spływające z policzków.
  • Dzięki Bogu. Stracha niezłego napędziła.
  • Żebyś wiedział. Boże, chyba godzinę ją tuliłam nim usnęłam na krześle przy niej. Specjalnie zmieniłam godziny prac i zaangażowałam Briana do pomocy. Odwożę ją do szkoły, a on ją przywozi jak próbę kończy. Do tego czasu Jasmine spędza czas w świetlicy.
  • Gdybyś potrzebowała pomocy przy małej to wiesz, zawsze służę pomocą.
  • Jesteś kochany Rick, ale trochę to nie wypada. Wiesz, pracujesz u mojego męża i opiekowałbyś się jego córką...
  • Tak, masz rację.
Roześmialiśmy się oboje z zakłopotaniem.
  • No, a wracając do Amandy! - Kobieta uśmiechnęła się pod nosem, chcąc przejść do sedna spotkania.
  • Och nie, daj se siana.
  • Bujaj się.
  • Mówiłem już kiedyś, że jesteś wredną kobietą i wtrącasz się w nieswoje sprawy?
  • Tylko jakieś czterdzieści razy. - Przesłała mu buziaka i zadzwoniła po kelnera. - Co chcesz do picia?
  • Whiskey z sokiem jabłkowym i listkiem mięty.
  • Oo, jakiś wynalazek?
  • Powiedzmy. Całkiem niezły. - Rick pokazał jej język i złożył za nią zamówienie na podwójne malibu i whiskey.
  • Chcesz mnie upić?
  • Oczywiście, po to tu jesteśmy.
    ~*~
  • Czyli... Amanda podoba Ci się od dwóch lat, a Ty ani be, ani me, ani kukuryku do niej?
  • Już się narąbałaś. - Rick spojrzał na puste szklanki i butelki walające się wkoło stołu, kręcąc niedowierzająco głową.
  • Nie zmieniaj tematu!
Skinięcie głową.
  • I teraz, gdy ona jutro wyjdzie z Dylanem na wybieg...
  • Brzmi jak gadka w stylu „Wyjdzie za mąż za Dylana”...
  • Nie przerywaj mi dzieciaku!
  • Dobra, dobra. Nie spinaj pośladków. - Roześmiał się nazbyt wesoło i pstryknął ją w nos.
  • Dobra jest zupa z bobra, ale z wieprza jeszcze leeeeepszaaa! - Beknięcie niezbyt przystające kobiecie.
  • Gdybyś startowała w konkursie na najlepsze beknięcie, na pewno byś wszystkich rywali rozgromiła.
  • Och spieprzaj noooo! O czym tooo jaa... ACH! Moja głowa. - G. złapała się za głowę i przypieczętowała znajomość czoła i stołu.
  • Ktoś tu się narąbaaaał. - Rick wcale nie był lepszy. Owszem, miał mocniejszą głowę, ale pomału wzrok mu się rozbiegał w dwóch kierunkach. (- O ile to było możliwe... - Po pijaku wszystko jest możliwe.) - Ech. Jesteś samochodem czy taksówką? - Zombie boy wstał, odzyskując kontrolę w nogach, założył kurtkę i pomógł zrobić to samo przyjaciółce.
  • Nie pamięęęętaam... - Odpowiedziała już na wpół przytomna kobieta.
Chłopak westchnął ciężko i wspomagając G., wyszli z baru tuż przed nos Edwardowi Buckowi i jakimś dwóm blondynkom, które na sto procent miały parę operacji plastycznych. Trzymały go z obu stron, mizdrząc się do niego i zbyt przesłodzenie świergocząc.
Mężczyźni stali tak dłuższą chwilę, nim Edward zorientował się kto przed nim stoi i kogo młodzieniec podtrzymuje.
  • Dobierasz się do mojej żony gówniarzu?! Zabierasz do klubu, upijasz, a potem co? Na boczek i bzykanko?! - Wrzasnął dyrektor i wyszarpał się z objęć blondynek, które stanęły jak wryte, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
  • Spieprzaj szefuńciu. Nic jej nie zrobiłem. A zresztą nie będę Ci się tłumaczył z czegoś, co sam powinieneś już wieki temu zauważyć! Pierdolony egoista! Jesteś wpatrzony tylko i wyłącznie w swój nos i mamonę, którą zarabiają modele, a nie Ty!
  • Co... Co Ty gówniarzu pierdolisz?! - Najwidoczniej starszy mężczyzna nie dowierzał temu co słyszy. Cały czerwony na twarzy, aż po koniuszki uszów z wściekłości. - Zwalniam Cię! Już u mnie nie pracujesz! Nie potrzebuję takiego śmiecia jak Ty! - Wskazał na niego bezczelnie palcem i skierował wzrok na żonę. - A Ty dziwko co odpierdalasz?! Powinnaś być w domu i bachorami się zająć! Karmić je i zmieniać pampersy, a nie szlajać się po klubach z takim gównem! - Jego wściekłość nie znała granic. Zrobił wkoło siebie taki szum, że ludzie z barów, pubów, klubów, a nawet mieszkań zaczęli wychodzić, by sprawdzić kto takie cyrki w nocy urządza. Znów mu trochę zajęło nim zorientował się, że jest w samym centrum całego tego zajścia. - Czego się gapicie?! Spierdalać do swoich zajęć! - Splunął na ziemie i spojrzał z pogardą na żonę. - Pożałujesz tego kurwo, oj... Będziesz mnie jeszcze błagać o...
  • O co? Będzie błagać byś zajął się dziećmi, byś je odebrał ze szkoły, zostawił w spokoju mecz i piwko, przestał być wpatrzonym w siebie pieprzonym egoistom? - Rick nie wytrzymał i stanął pewniej, czując jak adrenalina przenika przez całe jego ciało, jak dreszcz przechodzi mu po karku i spływa w dół pleców, wiedząc, że zaraz dojdzie do rękoczynów.
  • Gówno śmie jeszcze przemawiać?!
  • Mam w dupie to jak mnie nazywasz! Wisi mi to i powiewa, ale nie masz prawa obrażać swojej żony! Trafiła Ci się niesamowicie sympatyczna i kochana kobieta, która dba o cały dom, o wszystko i wszystkich, pracuje na siebie, by mieć co zjeść w razie kryzysu i by mieć czym dzieciaki wykarmić. Jest niesamowitą stylistką i charakteryzatorką, więzisz ją jak jakiegoś szczura w tej agencji! Gdyby nie Ty to już dawno by pewnie żyła w lepszym miejscu, z nową i lepszą pracą, z dziećmi u boku i kto wie, może lepszym mężem, który będzie wiedział co to ciepło rodzinne i bezpieczeństwo! Nie wiem dziadku czy o tym słyszałeś, ale kobieta Cię urodziła, więc nie masz prawa żadnej poniżyć! Matka nosiła Cię dziewięć jebanych miesięcy w brzuchu nie po to byś wyrósł na skurwiela i tego kim jesteś, lecz na lepszego i rozsądniejszego człowieka! Skoro nawet żony nie potrafisz uszanować to nikogo nie jesteś wart!
Edward słyszał coraz wyraźniej głosy oburzenia ze strony publiki, buczenie, a nawet wygwizdywanie. Mężczyzna doskonale wiedział, że chłopak ma poniekąd racje, ale jego dumna nie pozwalała mu przyjąć prawdy do świadomości. Musiał pozostać zimnym skurwielem bez uczuć. Nie umiał się zajmować dziećmi, on sam wciąż nim był. Przerażała go wizja posiadania jednego dziecka, a co dopiero trójki... Zagryzł wargę i zacisnął mocno powieki. Dysząc ciężko, nie zawahał się ani chwili i przyłożył żonie lewego sierpowego, aż ta upadła i chwyciła się za policzek.
To były dosłownie sekundy, kiedy Rick rzucił się na Edwarda, powalając go na ziemie i tłukąc po głowie i buzi. Wpadł w szał, z którego nie łatwo było się wydostać. Tylko dzięki pomocy gapiów i klubowiczów, którzy chwycili go za ręce i odciągnęli, nie zabił dyrektora. Zaciągnęli go pod jeden z budynków, gdzie mieścił się bar, z którego paręnaście minut temu wyszedł i usadzili pod ścianą, wciąż pilnując by ponownie się nie rzucił.
Ktoś zadzwonił na policję i pogotowie. Chwilę później zaroiło się na ulicy od radiowozów policyjnych i karetek. Niebiesko-czerwone światła odbijały się w oknach mieszkań, a syreny policyjne cicho niosły się echem wśród ciemnych uliczek. Edwarda umieścili na noszach, założyli mu kołnierz i obmyli rany. Za karetką odjechały dwa radiowozy. G. siedziała w drzwiach karetki, opatulona kocem i pijąca jakiś napar z plastikowego kubeczka. Obok stał lekarz i opatrywał jej policzek, mówiąc zapewne coś o pielęgnowaniu sińców i pomocy społecznej w razie wypadku. Przy Ricku natomiast stało dwóch funkcjonariuszy policji, z których jeden spisywał zeznania, a drugi zadawał pytania. Rick siedział w drzwiach radiowozu i zeznawał zgodnie z prawdą, co miało miejsce jakieś pół godziny temu. Wiedział, że może trafić do aresztu albo gorzej, do więzienia, ale szczególnie się tym nie martwił. Stanął w obronie przyjaciółki, a to było dla niego najważniejsze. Owszem, gdyby trafił do więzienia mógłby już więcej nie spotkać Mandy, bo z jakiej racji miałaby odwiedzać kogoś, kto pobił ukochanego szefuńcia? Z drugiej strony, bolałoby go to rozstanie. Cieszył się jak małe dziecko nawet jeśli byli w jednym towarzystwie. Po prostu bliskość tej szczególnej, drugiej osoby wystarczyła, by zaznać trochę smaku szczęścia i spełnienia.
  • Rick?!
Chłopak na dźwięk znajomego głosu poderwał się i zerwał do biegu w kierunku karetki.
  • Rick! Dziękuję, dziękuję, dzięę... Rick? Rick!
Nie wiedział co się stało, lecz nagle przed jego oczami zawitała ciemność, a ciało z łoskotem uderzyło o ziemię.
~*~
  • Rick? Obudź się, Rick.
Zombie boy ostrożnie otworzył oczy i pierwsze co zrobił to je zmrużył. Poraziła go niesamowita biel. Gdzie ja jestem? Czy umarłem? - pomyślał.
  • Gdzie jeestem?
  • W szpitalu. Zemdlałeś pod Babylonem tydzień temu.
  • Ale... - Westchnął ciężko. - Zemdleć i być tydzień?
  • No właśnie... Lekarze twierdzą, że miałeś zamęczony organizm, wygłodzony i musiałeś siły zregenerować. Jak się czujesz?
  • Uch, trochę mnie gnaty bolą, ale tak to całkiem nieźle. A jak z Tobą? - Przyjrzałem się G. i uśmiechnąłem, widząc niepewny uśmieszek błąkający się na wargach.
  • Bardzo dobrze. Stanowczo lepiej niż dotychczas. Zostałam nową dyrektorką agencji i idzie mi całkiem nieźle.
  • O szlag! Występ! Cholera! - Rick wrzasnął, czochrając się po głowie. - Gratulacje!
  • Nic się nie stało, ale mam dla Ciebie pewną niespodziankę. Ubierz się w ciuchy, które Ci przyniosłam, a następnie wsiądź do czarno-czerwonego samochodu stojącego pod szpitalem. Zobaczymy się na miejscu. - Kobieta roześmiała się i ucałowała czoło Ricka jakby był małym dzieckiem.
Rick zaczekał na dodatkowe badania, werdykt lekarza, świadczący, iż jego życiu nic nie zagraża, po czym wziął szybki prysznic, ubrał się w dziwne, kolorowe ciuchy i zbierając swoje rzeczy, w których trafił do szpitala, udał się do wyjścia, by wsiąść w podstawiony samochód.
~*~
Samochód podjechał pod odrestaurowany budynek agencji. Rick, wysiadając z auta nie był pewien czy to aby na pewno miejsce, w którym kiedyś pracował. Już chciał się odwrócić do kierowcy, gdy ten odjechał z piskiem opon, a drzwi budynku otworzyły się i wypadł z nich Joshua w towarzystwie G.
  • Mam dla Ciebie parę nowych wieści, Sweety!
  • Och, znowu coś brałaś? - Rick spojrzał na G. podejrzliwie.
  • Absolutly not! Och dobra, nie wychodzi mi rozmowa po angielsku! W każdym razie zatrudniam Cię na nowo, pełny etat, dobrze płatny. I nie chce słyszeć odmowy, rozumiesz? - Czarnowłosa uśmiechnęła się zadziornie i zaczekała na potaknięcie. - Cieszę się, że się zgadzasz.
  • A co się stało z Edwardem? I tak właściwie co ja mam na sobie?
  • Edward nie wytrzymał i powiesił się w szpitalu. - Poinformował dotąd milczący Joshua i... uśmiechnął się pod nosem?
  • Widocznie prawda przebiła dumę i już nie mógł robić za skończonego drania. - Dopowiedziała wdowa i wzruszyła ramionami.
  • A jak dzieci?
  • Chłopcy dobrze to znieśli, choć Brian trochę przecierpiał. Dziwnym trafem jako jedynym nim się zajął, gdy ten był dzieckiem, ale cała rodzina jest przy nim, nie stracił chęci na próby zespołu, żyje dalej. Jasmine wciąż tylko się dopytuje gdzie tata-gbur. Ach, Rick. Dziękuję za to, co mówiłeś pod klubem. Jestem Twoją dłużniczką.
  • G., daj se siana.
  • Huh, bujaj się.
  • Dobra, dobra. Wy tu se siana dajecie, a niespodzianka czeka. - Jęknął Joshua i pociągnął oboje do środka. Poprowadził ich za kulisy wybiegu, po drodze puszczając G., która zniknęła w jednym z korytarzy. Joshua poprawił ubranie Ricka i uśmiechnął się, dodając otuchy.
  • Czy ktoś mi powie co tu się dzieje? - Westchnął lekko zirytowany Rick i rozejrzał się po prawie pustej garderobie.
  • Skoro nie mogłeś być na występie, to występ przyszedł do Ciebie. Pamiętasz kroki? To ruszaj. - Joshua popchnął Zombie boy'a w kierunku wyjścia na wybieg, po czym sam zniknął za drzwiami. Chłopak niezbyt załapał co się działo, ale wziął głębszy oddech, gdy usłyszał bit, do którego miał kiedyś wyjść. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu Dylana, lecz gdy go nie zobaczył, ruszył z dumnie uniesioną głową przed siebie.
Ledwo wyszedł na wybieg, gdy rozległy się gwizdy, strzały i krzyki „NAJLEPSZEGO RICK!”. Na dwóch kolumnach naprzeciw wybiegu wywieszony był ogromny transparent głoszący o urodzinach chłopaka. Rick poczuł dziwne uczucie w okolicach serca oraz ciepło rozlewające się po całym jego ciele. Roześmiał się i odstawił w podzięce swój show. Gdy wybrzmiewały ostatnie bity, na scenie pojawiła się pewna interesująca osoba, która zaszła solenizanta od tyłu i ucałowała jego kark.
Najlepszego Rick.
Zdziwiony chłopak obrócił się i oniemiał. Tuż przed nim stała Mandy Knight, uśmiechała się do niego, składała mu życzenia, pocałowała w kark... To sen?

  • Dz-dziękuję.
  • Słyszałam pewne plotki dotyczące mojej osoby. - Uśmiechnęła się uwodzicielsko i odgarnęła kosmyk ciemnych blond włosów za ucho. Zaplotła ręce na jego karku i kontynuowała. - Może powiesz mi to twarzą w twarz, hm?
  • Czekałem na to od chwili, gdy Cię pierwszy raz ujrzałem. - Powiedział bez owijania w bawełnę, po czym chwycił ją za biodra, przyciągając bliżej siebie i składając namiętny, mocny i wyrażający więcej niż tysiąc słów, pocałunek.